Ten dzień

11.22.2017
data:post.title

26 listopada ok. godziny 14

-Mamo, ja już nie pamiętam jaki to był ból. Nie potrafię go do niczego porównać. Wiem, że zaczynało się z tyłu pleców, ale co działo się dalej i w którą stronę się rozprzestrzeniał... nie wiem.

-I bardzo dobrze! Lepiej, żebyś nie pamiętała.

Przez kilka dni często wracałam do tych trudnych momentów, aby nie zapomnieć. To było dla mnie tak ważne. Czułam się jak bohaterka. Chciałam pamiętać przez jakie piekło przeszłam przy siódmym centymetrze. Większość kobiet przechodzi to samo. A jednak zatrzymujesz się i myślisz - zrobiłam to - urodziłam dziecko siłami natury.

-Mamo, ludzie latają w kosmos, nowe technologie zadziwiają na każdym kroku, a kobieta nadal w bólu rodzi dziecko, a potem karmi je piersią. Siedzi jak ten jaskiniowiec z gołym cyckiem i ma to gdzieś co myślą inni.

Na porodówce nie ma wstydu. Są emocje. Czuć je w powietrzu. Kobiety ubrane w emocje, snują się po korytarzach. Wstanie z łóżka i wyjście do toalety to nie lada wyzwanie. W salach nie ma głupich pytań. Kobiety rozmawiają, jakby znały się od lat. Razem płaczą i zwierzają się ze swoich trosk. Ich głównym problemem jest to jak się wypróżnić:) I nikogo nie śmieszy pytanie:” I jak, byłaś w toalecie?” A Ty opowiadasz co i jak. No tak jest.

Może trochę nie po kolei, ale właśnie zaczęłam opowieść o najpiękniejszym dniu w moim życiu. 


24 listopada ok. godziny 1 

W domu cisza. Kamil śpi, a ja od kilku tygodni mam z tym problem. Zasypiam dość szybko, ale budzę się w nocy. Czytam fora i znam na pamięć objawy zaczynającego się porodu. Z tylu głowy myśl, ze gdyby się zaczęło muszę zdążyć na porodówkę oddaloną od mojego domu o 100 km. Pobliski szpital, nie oferuje znieczulenia zewnątrzoponowego. Poród wzbudza we mnie strach, wiec chce jechać tam, gdzie będzie plan b, gdybym nie radziła sobie z bólem. Brzuch spinał się już od jakiegoś czasu, ale tym razem czułam to co 10 min. Na szkole rodzenia kazano się wykąpać - jeśli skurcze nie miną to znak, ze rozpoczął się poród. Wychodzę z wanny, brzuch nadal się pręży. Moja mama puka do drzwi i mówi, ze jedziemy. Po drodze śmiejemy się. Jest bardzo późno. Emocje sprawiły, ze nie chce nam się spać. Jedziemy do Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie. Jakaś aplikacja liczy mi skurcze i mówi, ze wszystko wskazuje na to, ze urodzę dziś dziecko.

Czytałyście o syndromie izby przyjęć? Weszłam i jakby ręką odjął. Moje ciało wyciszone, ktg wskazuje skurcze przepowiadające, a Pani z izby przyjęć gniewa się, ze ją obudziłam. Pytają, czy chcę zostać, ale do terminu było dwa tygodnie, więc wracamy do domu. Chciałam mieć to już za sobą. Wróciliśmy nad ranem. Ja wyglądająca jak śmierć, blada jak trup i zmęczona do cna. Przeleżałam w łóżku cały dzień.

25 listopada 

W nocy o 1 obudziło mnie kłucie w plecach, które przechodziło w stronę brzucha. Co jakiś czas dawałam znać, ze czuje dyskomfort kręcąc się. Kamil zapytał czy coś mnie boli. „ Ty wiesz co? Na koniec mi się rwa kulszowa przypałętała, jakby tego wszystkiego było mało!” Ta diagnoza to efekt szukania wiedzy u wujka google. Przez kilka nocy wstecz wydawało mi się, że będę rodzić, więc zrezygnowana i zła położyłam się spać - „ Mam gdzieś czy to poród czy nie! Idę spać!”. Nad ranem skurcze stawały się częstsze i odczuwałam je coraz bardziej. Około 11.30 były na tyle mocne, że utrudniały oddychanie i odczuwałam naturalna potrzebę kręcenia biodrami.

-Kamil! Możesz przestać rozmawiać z kolegą w tym kiblu, kiedy ja rodzę?!

-Muszę kończyć. Justyna rodzi już 3 dzień. Może to w końcu naprawdę poród.

Odchodzi czop śluzowy i o 12 jedziemy do szpitala.

- Mamo. My jedziemy do szpitala. Odszedł mi czop podczas kąpieli. Dam znać jak dojedziemy.

Słyszę łamiący się głos mojej mamy. Pamiętam tylko ostatnie zdanie - „Trzymaj się mała.”. Dźwięczy mi ono w uszach zawsze, gdy wypowiem je w myślach.

Szał zakupów opanował cały świat. Black Friday - ja nie zdążyłam skorzystać z promocji, ale nie wróciłam do domu z pustyni rękami.

Mgła była nie z tej ziemi.

- Kamil, taka jesienna mgła już zawsze będzie mi się kojarzyła z drogą na porodówkę.

Jadę w dobrym nastroju. Piłuję resztkę jasnego lakieru na paznokciach. Gdy dojeżdżamy, znowu syndrom izby przyjęć uspokaja moje skurcze. Leżę pod ktg i zaczynam robić się wściekła.” Jeśli to będzie znowu fałszywy alarm to więcej nie przyjeżdżam! Rodzę w domu!”

Położna mówi, ze skurcze są i niektóre faktycznie są mocne. Natomiast lekarz po zbadaniu informuje mnie, że szyjka jest lekko skrócona i nie ma rozwarcia - nie mogą przyjąć mnie na porodówkę. Kazano mi chodzić po korytarzu. Chodziłam przez 2 h w tą i z powrotem. Mijałam drzwi przychodni specjalistycznych. Kiedy nadchodził skurcz opierałam się o parapet. Czułam na sobie wzrok ludzi i współczucie innych kobiet. Patrzyłam na szczęśliwych ojców, którzy z kwiatami odbierali swoje kobiety i małe zawiniątka otulone w nosidełkach.

„Jak to możliwe? To naprawdę już? To się wydarzy? Czekałam na niego 9 miesięcy i za 3 dni pojedziemy do domu?”

Nie mogłam uwierzyć, że to się zaczęło. Ktoś w końcu zaprosił mnie na ponowne badanie. Usłyszałam, że są 2 cm, a może 3, nie pamiętam.

- Proszę się przebrać w koszulę do porodu. Jedziemy windą na górę.

Ale chwila chwila.... zanim pojechałam na górę, kazano mi wypełnić dokumenty. Pamiętam jak klnęłam ich w myślach, że nie dali mi ich wcześniej, kiedy skurcze nie były tak intensywne. Podczas wypełniania robiłam przerwy i rzucałam długopisem. Kiedy idzie skurcz czujesz jakby jakaś fala piętrzyła się w tobie i nagle zderzyła się z taflą wody, robiąc przy tym duży huk i zamieszanie. Pamiętam dziewczynkę, która w gabinecie leżała pod kroplówką i patrzyła na mój grymas, który ból rysował na twarzy.


- Skąpą ma Pani tą koszule.

- Taką miałam w domu, widziałam, że będzie do wyrzucenia, więc ją zabrałam.

- Mi nie przeszkadza, ale może być Pani zimno.

Potem już mówiła do mnie Justynka. Położona zachowywała się tak, jakbym jedna na świecie rodziła. Okazywała mi ciepło i współczuje. Rozumiała moje potrzeby i pozwalała na łyk wody.

Podczas badania podobno przez przypadek przebiła mi pęcherz. I wtedy wszystko działo się bardzo szybko. Nie pamiętam jak postępowało rozwarcie. Kazano mi chodzić po korytarzu i czekać na wyniki morfologii.

- Jeśli wszystko będzie ok dostaniesz znieczulenie.Wytrzymaj jeszcze trochę. Wiem, że boli.

Jej troskliwy głos mnie uspokajał. Wiedziałam, że jestem w dobrych rekach.

Zaczął się ten moment,że wydawało mi się, że skurcze prawie się zlewają. Kiedy czułam jak nadchodzi mówiłam do Kamila, żeby się zatrzymał, bo idzie. Te fale bólu sprawiły, że zapomniałam o tym, że rodzi się moje wyczekane szczęście. Nie myślałam o tym, że dla niego to też nie jest nic przyjemnego. Nie pamiętałam o poradach ze szkoły rodzenia - piłka, masaż, woda... miałam wszystko gdzieś. Ból powodował odruch wymiotny. Oparta o łóżko szpitalne, które stało na korytarzu prosiłam położną o pomoc. Kazała oprzeć się o parapet i kręcić biodrami. Ciepło grzejnika buchało mi w twarz i było tylko gorzej.

- Kochana odświeżam i cały czas nie ma wyników. Robię wszystko co w mojej mocy.

Za jakiś czas przyszedł anestezjolog.

- Usiądź na brzegu łóżka w siadzie skrzyżnym i pochyl mocno do przodu.

Idzie kolejny skurcz, pozycja i brak możliwości poruszania sprawia, że mam ochotę płakać. Położna nie każe mi się ruszać, a skurcz prostuje mi nogi. Niestety to nie był koniec. Znieczulenie nie zadziałało i ponownie wzywano do mnie lekarza, aby powtórzyć zastrzyk. To najgorsze momenty...

- Kochana czy czujesz skurcz?

-Nie.

Ulga. Samo słowo sprawia, że czuję się błogo. Nie wyobrażam sobie rodzić inaczej.
Na salę porodową wchodzi mama. Patrzy na mnie zdziwiona i pyta czy rodzę. Mówię, że mam 7cm rozwarcia. Leżę na boku, przykryta kocem i trzęsę się jak galareta. Kamil pyta dlaczego tak jest. Położna uśmiecha się i mówi, że "gdyby Twoim mięśniom tak się dostało, to wyglądałbyś tak samo".

Potem chyba standardowo już po znieczuleniu akcja ustępuje. Dostaje oksytocynę, chyba nawet dwie kroplówki.

- Justynka robię wszystko, żebyś urodziła na mojej zmianie.
- A do której pani pracuje?
- Mamy jeszcze godzinę.

Popatrzyłam na Kamila, a on na mnie. Już? Za godzinę będzie z nami? Obok słychać płacz noworodka. Za jakich czas rodzi się kolejne. Trzymamy się za ręce...

Czas gnał jak szalony,  a moja położna musiała iść do domu. Bałam się, kto pojawi się na mojej sali i przyjmie poród.
Do sali weszła niska kobietka.
- Poprzednia położna wszystko mi przekazała. Podobno dzielna z Ciebie dziewczyna. Kiedy rozpocznie się poród słuchaj uważnie co do Ciebie mówię i rób o co proszę a urodzisz sama.

I tak było. Na mój sygnał, że czuje napieranie kazano mi się szybko położyć na plecach i ustawiono fotel do ostatniej fazy porodu.

Trwało to ok. 10 min.

- Justyna, weź głęboki oddech tak jakbyś wpadała do wody. Trzymaj powietrze i mocno przyj.

Boje się wody, więc jak to usłyszałam zrobiłam taki wdech, że chyba na korytarzu mnie słyszeli. Zapomniałam o tym, że w większości przypadków nacinają krocze. U mnie nie było inaczej. Nic nie czułam.

Po chwili już miałam go na sobie. Ciepły, malutki i cały mój. Chodź wizualnie był kopią Kamila. Ciemna karnacja i czarne włosy. Małe węgielki patrzyły na mnie i szukały moich objęć. Świat się zatrzymał, nie wiem kiedy minęła nasza pierwsza wspólna godzina.

Kiedy zabrano go na badanie słyszałam jak Kamil ciągle powtarza, że jest taki piękny. Wszyscy to mówili

- Dobrze, teraz powoli spróbuj zejść z łóżka i jeśli nie kręci ci się w głowie możesz o własnych siłach iść na salę.

No i poszłam. Leżały już w niej kobiety, które urodziły chwilę przede mną. Położna poprosiła mamę i Kamila o pożegnanie się z NAMI, bo była już godzina 23.

Zostaliśmy we dwójkę. Nie wiedziałam, czy powinnam go tak od siebie odsunąć, ale uznałam, że będzie bezpieczniej jeśli zaśnie w swoim "łóżeczku" - nie znam fachowej nazwy.

Tej nocy nie spałam. To był wyjątkowy wieczór. Nie mogłam tak po prostu zamknąć oczu. Cały czas patrzyły na tego małego człowieka, którego jeszcze nie znałam.

Wszystko było i jest przed nami.

Na Instagramie już pełno świątecznych zdjęć, a ja naszych nie miałam okazji pokazać, więc pochwalę się teraz. 












Zdjęcia - Adrianna Sawińska Photo
Instagram @agnieszkasawinskaphoto

2 komentarze

  1. Porodowka - najgorsze a zarazem najpiekniejsze miejsce, które dało nam nasz Cud Świata. Moja ciąża była zagrozona- w 3 miesiącu dowiedziałam się ze serduszko za wolno bije - nawet nie wyobrażasz sobie jaka to była panika. Codziennie po 17 tabletek żeby tylko malenstwo urodziło się zdrowe. Wykanczalo mnie to psychicznie, fizycznie i finansowo, ale było warto! Serduszko powróciło do normy ale do ostatniego dnia byłam na tych wszystkich tabletkach. Nadszedł oczekiwany termin porodu a u nas cisza, dzień po..cisza, kolejny..cisza. mój lekarz kazał jechać na wywołanie. Pojechaliśmy z mężem na izbę przyjec- po 3 razy takie same pytania ale ja miałam czas bo nic się nie działo. Jedziemy na trakt porodowy- przebieram się, na łóżko i oksytocyna- jedna, druga a ja mam tylko delikatne skurcze i to wywołane. Po 8 godzinach decyzja lekarza- kladziemy sie na patologie ciazy. Lezalam na tym oddziale 7 dni..7 najdłuższych dni w moim życiu. To oczekiwanie i wegetacja. Każde poruszenie się maluszka budziło myśli "a może już, może za chwile". Nic bardziej mylnego. Przez te 7 dni miałam tylko 1 usg i codziennie 4 razy ktg. Chciałam krzyczeć bo nic nie robili. Aż przyszła na dyżur kobieta która mi pomogla- zdecydowała ze będzie cewnikowanie. Nie opowiem Ci jak to się odbyło - ból nie z tej ziemi..bolało, na samą myśl nadal mnie boli. Ale po przespanej nocy okazało się ze jest 4cm rozwarcia. Jedziemy znowu na trakt (nawet nie zdążyłam się pożegnać z koleżankami z sali- byłam w jakimś obledzie.
    [Ps dziewczyny na sali zmieniały się jak skarpetki - codziennie jakas nowa]. Znowu jestem na tym samym łóżku porodowki i uwaga- znowu wywołanie. Oksy po raz kolejny, tylko wtedy bolało nie do zniesienia. Dzięki Bogu Pani położna na trakcie była wybawieniem- kobieta anioł. Po 6 godzinach zwijania się z bólu na świecie była nasza Kruszynka, chociaż tak naprawdę urodziłam dziecko o wadze 4159g. Kiedy położyli maleństwo na mnie świat przestał się liczyć i łzy w oczach naplywaly wodospadem - i mi i mężowi. Ogólnie ujmując dzień porodu był dla mnie naprawdę traumatyczny i do tej pory mówię że nie chce mieć więcej dzieci, bo to co ja przeżyłam wiem tylko ja. Może mi się odmieni :-) podsumowując mam najcidowniejsza córcię na świecie! :-) :-*

    OdpowiedzUsuń
  2. My czekamy na ten moment. Jeszcze trochę poczekamy, termin mamy pod koniec kwietnia.
    Pamiętam jak czytałam Twojego bloga i myślałam sobie czy będzie mi dane zajść w ciążę, czy będę mieć taki skarb, czy będę w stanie je pokochać. A jednak już tak bardzo kocham i nie mogę się doczekać aż będzie z nami.

    Na razie nie boję się porodu. Co ma być to będzie. Pewnie bliżej terminu będę panikować, bo to jednak jest ból. Ale wiem też, że o tym szybko się zapomina i liczy się tylko ta kruszynka, ten cud, który zmienia świat na lepsze.

    To będą nasze pierwsze ciążowe święta. Celebruję te chwile. Czas tak szybko leci.

    Wszystkiego najlepszego z okazji pierwszych urodzin Waszego Olisia!
    Najważniejsze jest zdrowie i tego w szczególności Wam życzę :*

    Wasza caro :)

    OdpowiedzUsuń